Przede wszystkim chcę Wam podziękować za wszystkie cieple słówka, zarówno w komentarzach jak i w mailach:) To zawsze jest budujące, gdy człowiek wie, że nie jest sam:)
Pisałam wcześniej, że miałam parę zamówień z których musiałam się wywiązać...
dziś pokażę największe - na 18-stkę Ani.
Doniczkowy bukiecik z (oczywiście) 18-stu róż...
... i pięć karteczek... takie spokojne...
... i frywolne.
Sobota była piękna, mogłam powalczyć z drewnem i popracować w ogrodzie... dziś pada... też dobrze, u mnie deszcz potrzebny.
W ogrodzie jeszcze pięknie, kolorowo. Zaczynają nieśmiało rozkwitać wieloletnie astry...
... a jednoroczne już swój najlepszy czas mają za sobą.
Poczęstuję Was jeszcze jabłecznikiem... mówicie że mało? hehe... no cóż, był za dobry;)
Miłej niedzieli:)
niedziela, 21 września 2014
piątek, 19 września 2014
Wracam po małej przerwie
Ostatnie dni były okropne... nie dość, że papierzyska, rady, szkolenia, zebrania, to jeszcze w życie mojej rodziny wkradło się choróbsko... szpital, badania, diagnoza, wypisanie... po dwóch dniach powrót choroby, znów szpital, następne diagnozy i ich wykluczanie... w końcu podobno znaleźli... nie, nie cieszę się, chociaż wiem, że mogło być gorzej.
W tym zamęcie nie miałam ani czasu, ani głowy do robótek, chociaż coś tam robiłam... były zamówienia - trzeba było się wywiązać.
Dziś pokażę tylko karteczkę ślubną...
I tradycyjnie kilka fotek z ogrodu ...
Witam gorąco moje nowe Obserwatorki:) Cieszę się, że do mnie zajrzałyście i zechciałyście zostać na dłużej.
Pozdrawiam cieplutko moje kochane blogowe duszyczki. Mam u Was wielkie zaległości... nie wiem czy zdołam nadrobić, ale będę się starała:)
W tym zamęcie nie miałam ani czasu, ani głowy do robótek, chociaż coś tam robiłam... były zamówienia - trzeba było się wywiązać.
Dziś pokażę tylko karteczkę ślubną...
I tradycyjnie kilka fotek z ogrodu ...
Witam gorąco moje nowe Obserwatorki:) Cieszę się, że do mnie zajrzałyście i zechciałyście zostać na dłużej.
Pozdrawiam cieplutko moje kochane blogowe duszyczki. Mam u Was wielkie zaległości... nie wiem czy zdołam nadrobić, ale będę się starała:)
wtorek, 9 września 2014
Przygoda na grzybach
U mnie cały czas susza... czy my jacyś niegrzeczni czy co? Wszędzie pada, nawet w promieniu 15-20 km (wczoraj nawet w mieście do którego jeżdżę na większe zakupy było oberwanie chmury), u nas ledwo pokropi:( Na podlewaniu ogrodu spędzam z półtorej godziny:( Ileż można!!!
Po pracy, niezbyt optymistycznie nastawione, pojechałyśmy z córcią na grzyby. Wybrałyśmy się trochę dalej, do lasów których nie znamy, ale cóż - zupka grzybowa kusi;)
Najpierw jeździłyśmy długo szukając gdzie by tu mogły ewentualnie rosnąć jakieś grzyby... w końcu zaparkowałyśmy, wysiadłyśmy... Andżela stwierdziła - pachnie grzybami... no to wiaderka, koszyczki i w las... O raju! chodziłyśmy i chodziłyśmy...
... tu jakiś żuczek...
... i jeszcze jeden.
... tam motylek...
... i mrowisko, zresztą nie jedno, a grzybów brak:(
Nareszcie są! znalazłyśmy, ale przecież nie o takie nam chodziło...
Nagle... a kuku...
... i następne... Schowałam aparat, szkoda czasu na zdjęcia, gdy można oddać się radości grzybobrania.
Chodziłyśmy radosne jak skowronki, może grzybów nie było dużo, ale zawsze to coś!
Nagle!!!... Andżela pyta - co tam leży???... patrzę - sterty jakiś worków i ... duże, białe coś... Złapałam aparat, włączyłam na największy zoom... PIES!!! NIE RUSZA SIĘ:( Nie wiemy czy przywiązany?, czy żyje? Andżela, niewiele myśląc zaczęła go wołać... podniósł łeb... popatrzył i...
... ruszył w naszą stronę:( ... a my stałyśmy jak wmurowane:( nawet nie pomyślałyśmy, by schylić się po jakiś kij do ewentualnej obrony:(
... podbiegł, a właściwie podbiegła do nas, bo to sunia... spojrzała nam smutnym wzrokiem głęboko w oczy, a potem zabrała z wiadra największego podgrzybka!!!
O matko, żal było patrzeć! Kości pokryte skórą:( Szukała jedzenia, a my jak na złość - ani kanapki, ani batonika - nic:(
Gdzie poszłyśmy - ona za nami... Nie wiedziałyśmy co robić... do domu daleko, suni nie znamy, widać że zaniedbana, zapchlona i głodna(gdy wyrzucałam robaczywego podgrzybka połknęła go w locie), wokół żadnych zabudowań... na szczęście przejechał jakiś motocyklista i poleciała za nim.
Już nam zbieranie nie szło, ciągle o niej myślałyśmy...
Stwierdziłyśmy że czas wracać, ale myśli kłębiły się wokół psa... Żebyśmy nie miały swoich już chyba skłonna byłabym ją przygarnąć, ale cóż - na małej przestrzeni nie ma warunków...
W pewnym momencie patrzymy - sunia leży na leśnym dukcie, niedaleko auta i czeka na nas...
Ja nawet nie wiedziałam, ale Andżela przypomniała sobie, że w naszej miejscowości jest małe schronisko... Decyzja podjęta, pakujemy ją do bagażnika i w drogę...
Zawiozłyśmy do schroniska... akurat mieli jeden wolny boks, po kilku telefonach do władz - przyjęli. Odprowadziłyśmy ją do boksu, kątem oka zerkałam do innych zagród, zwierzęta miały pełne miski, czysto - już byłam spokojna. Teraz będziemy mogły spokojnie spać.
A nasz zbiór...
Nie jest może imponujący, ale my i tak się cieszymy.
Bardzo dobra pozycja! Polecam:)
Z reguły w połowie lub po 3/4 wiem kto jest mordercą, tutaj kompletne zaskoczenie!
No i następna porcja przyniesiona z biblioteki;)
Ulubiona E. Spindler, A. Karpińska i inne, nieznane, ale ponoć lekkie, łatwe i przyjemne.
Na osłodę zostawiam Wam jeszcze upieczonego przez córcię marchewkowca. Pyszności!!!
Pozdrawiam cieplutko:)
Po pracy, niezbyt optymistycznie nastawione, pojechałyśmy z córcią na grzyby. Wybrałyśmy się trochę dalej, do lasów których nie znamy, ale cóż - zupka grzybowa kusi;)
Najpierw jeździłyśmy długo szukając gdzie by tu mogły ewentualnie rosnąć jakieś grzyby... w końcu zaparkowałyśmy, wysiadłyśmy... Andżela stwierdziła - pachnie grzybami... no to wiaderka, koszyczki i w las... O raju! chodziłyśmy i chodziłyśmy...
... tu jakiś żuczek...
... i jeszcze jeden.
... tam motylek...
... i mrowisko, zresztą nie jedno, a grzybów brak:(
Nareszcie są! znalazłyśmy, ale przecież nie o takie nam chodziło...
Nagle... a kuku...
... i następne... Schowałam aparat, szkoda czasu na zdjęcia, gdy można oddać się radości grzybobrania.
Chodziłyśmy radosne jak skowronki, może grzybów nie było dużo, ale zawsze to coś!
Nagle!!!... Andżela pyta - co tam leży???... patrzę - sterty jakiś worków i ... duże, białe coś... Złapałam aparat, włączyłam na największy zoom... PIES!!! NIE RUSZA SIĘ:( Nie wiemy czy przywiązany?, czy żyje? Andżela, niewiele myśląc zaczęła go wołać... podniósł łeb... popatrzył i...
... ruszył w naszą stronę:( ... a my stałyśmy jak wmurowane:( nawet nie pomyślałyśmy, by schylić się po jakiś kij do ewentualnej obrony:(
... podbiegł, a właściwie podbiegła do nas, bo to sunia... spojrzała nam smutnym wzrokiem głęboko w oczy, a potem zabrała z wiadra największego podgrzybka!!!
O matko, żal było patrzeć! Kości pokryte skórą:( Szukała jedzenia, a my jak na złość - ani kanapki, ani batonika - nic:(
Gdzie poszłyśmy - ona za nami... Nie wiedziałyśmy co robić... do domu daleko, suni nie znamy, widać że zaniedbana, zapchlona i głodna(gdy wyrzucałam robaczywego podgrzybka połknęła go w locie), wokół żadnych zabudowań... na szczęście przejechał jakiś motocyklista i poleciała za nim.
Już nam zbieranie nie szło, ciągle o niej myślałyśmy...
Stwierdziłyśmy że czas wracać, ale myśli kłębiły się wokół psa... Żebyśmy nie miały swoich już chyba skłonna byłabym ją przygarnąć, ale cóż - na małej przestrzeni nie ma warunków...
W pewnym momencie patrzymy - sunia leży na leśnym dukcie, niedaleko auta i czeka na nas...
Ja nawet nie wiedziałam, ale Andżela przypomniała sobie, że w naszej miejscowości jest małe schronisko... Decyzja podjęta, pakujemy ją do bagażnika i w drogę...
Zawiozłyśmy do schroniska... akurat mieli jeden wolny boks, po kilku telefonach do władz - przyjęli. Odprowadziłyśmy ją do boksu, kątem oka zerkałam do innych zagród, zwierzęta miały pełne miski, czysto - już byłam spokojna. Teraz będziemy mogły spokojnie spać.
A nasz zbiór...
Nie jest może imponujący, ale my i tak się cieszymy.
Dziś trochę długi post, ale pokażę Wam jeszcze co ostatnio czytałam...
Bardzo dobra pozycja! Polecam:)
Z reguły w połowie lub po 3/4 wiem kto jest mordercą, tutaj kompletne zaskoczenie!
No i następna porcja przyniesiona z biblioteki;)
Ulubiona E. Spindler, A. Karpińska i inne, nieznane, ale ponoć lekkie, łatwe i przyjemne.
Pozdrawiam cieplutko:)
poniedziałek, 8 września 2014
Dla mojego strażaka
Aplikację już pokazywałam, teraz całość...
I jak? Ładnie mi?
A teraz poproszę o następną ...
Widząc taką radość w tych brązowych oczkach mogę robić czapki na każdy dzień tygodnia;)
A teraz z innej beczki...
Już kiedyś wspominałam o przekazaniu paru gadżetów na licytację dla chorej Julki. Teraz się chwalę - wszystko zostało wylicytowane, a pieniążki trafiły do Juleczki. Zdaję sobie sprawę, że to niezbyt dużo, ale grosz do grosza...
Dziękuję Wam za ciepłe słowa odnośnie zdjęć ważek i nie tylko:) Muszę Wam powiedzieć że wczoraj upolowałam następne, ale pokażę innym razem:)
Miłego popołudnia:)
I jak? Ładnie mi?
A teraz poproszę o następną ...
Widząc taką radość w tych brązowych oczkach mogę robić czapki na każdy dzień tygodnia;)
A teraz z innej beczki...
Już kiedyś wspominałam o przekazaniu paru gadżetów na licytację dla chorej Julki. Teraz się chwalę - wszystko zostało wylicytowane, a pieniążki trafiły do Juleczki. Zdaję sobie sprawę, że to niezbyt dużo, ale grosz do grosza...
Dziękuję Wam za ciepłe słowa odnośnie zdjęć ważek i nie tylko:) Muszę Wam powiedzieć że wczoraj upolowałam następne, ale pokażę innym razem:)
Miłego popołudnia:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
