Jak wszyscy wiecie w tym roku, mimo kiepskich prognoz, grzybki obrodziły. Szalałam, zbierałam, przetwarzałam na różne sposoby, część oczywiście suszyłam, no i teraz trzeba je jakoś przechować. Uszyłam woreczek ze stosownym haftem (tutaj), ale jak to często mamom się zdarza, oddałam córci. Zabrałam się za następny hafcik, a że na poprzednim grzybki były takie piękne, realistyczne, postanowiłam skorzystać z tego samego wzoru, dla odmiany swoje umieściłam w trawie. Mimo wszystko Andżeli jest ładniejszy;)
Jak to zwykle bywa z drugą pracą, szło mi jak po grudzie, ale nareszcie mam!
Jest nawet trochę większy niż ten pierwszy, dla porównania z tym samym zeszytem
I do woreczka i do słoja dorzuciłam liście laurowe, w większości własne....
A to część moich zapasów, reszta w zamrażarce;)
Półki są głębokie, w rzędzie na długość mieści się 6 słoików, a że ustawiane podwójnie to 12. Mam tu różne grzybki w occie: podgrzybki, maślaki i opieńki, chciałabym jeszcze gąski, ale nie wiem czy po ochłodzeniu będą. Planowałam wypróbować jeszcze nowy przepis na sałatkę z koncentratem pomidorowym, chociaż nie wiem czy uda mi się jeszcze nazbierać.
Dziś już się wyraźnie ochłodziło, wiało, teraz pada... piękniejsza część jesieni staje się przeszłością.
Na szczęście wczoraj zebrałyśmy z Andżelą resztę warzyw z warzywnika (marchewka, pietruszka, por i seler), nie było tego dużo, bo nie mamy możliwości przechowania, tylko tyle by każda z nas zrobiła porcje włoszczyzny na potrzeby własnej kuchni. Pietruszkę i cebulę posadziłyśmy do donic, liście przeznaczyłyśmy na susz i tym sposobem zima nam nie straszna;)
Na koniec trochę uczty dla oczu;)
Pozdrawiam Was ciepluteńko:)


























































